Najsmaczniejszy - ranking stron kulinarnych
O gotowaniu, o przyjaciół przyjmowaniu, o radości życia
wtorek, 21 grudnia 2010

Wiadomo, że to wigilijna potrawa przez wielu ukochana, przez nielicznych prawie nieznana bo w ich regionie gotuje się zupę grzybową albo migdałową.

Ja z tych od barszczyku więc stąd ten przepis a także stąd, że plączą się po necie przeróżne przepisy na te potrawy i są to przepisy na mój gust niewiel mające z dobrą kuchnią wspólnego. Wyczytałam także tu i tam, że taki barszcz to strasznie pracochłonny jest co mnie niepomiernie zdziwiło. Dlategp poniżej prosto tak, że już prościej się nie da, za to zdrowo i smacznie.

Zaczynamy więc od barszczu.

składniki:

  • buraki czerwone w ilości sporej to znaczy na litr wody 3 sztuki,
  • 3-4 marchewki na 5 litrowy gar,
  • 1 pietruszka,
  • 1/2 selera,
  • 2-3 kwaśne jabłka (np renety),
  • 1 suszony grzybek,
  • 2-3 listki laurowe,
  • 2-3 ziarenka ziela angielskiego,
  • kawałeczek świeżego imbiru (taki 2 cm),
  • majeranek suszony (1 łyżeczka) lub, jak w moim przypadku świeży,
  • pieprz i sól do smaku,

opcjonalnie kilka kropel cytrynowego soku (jeśli kwas z jabłek nie wystarcza),

sok z buraków w kartonie (np Krakus), 2-3 ząbki czosnku.

 

Zabierając się do gotowania barszczu mam zawsze pod ręką sok z buraków taki z kartonu (w Polsce to był Krakus). Dlaczego? Otóż buraki burakom nierówne. Czasem trafią się słodzitkie, czasem takie bez wyrazu. Trudno to przewidzieć kupując je więc som może nam "uratować" zupę.

 

Obieramy wszystkie jarzyny, kroimy buraczki w dość cieńkie plastry (0,5 cm), jabłka ze skórką kroimy na ćwiartki i usuwamy gniazda nasienne i wkładamy wszystko do gara z zimną wodą. Imbir także obieramy ze skórki i przekrawamy na pół. Dodajemy przyprawy (z wyjątkiem majeranku - ten dodajemy na końcu bo "lubi" gorzknieć podczas długiego gotowania). Stawiamy wszystko na niewielkim ogniu i wolniutko gotujemy. Barszcz nie powinien intensywnie bulgotać a tylko sobie lekko "pyrkać". Zaglądamy od czasu do czasu kontrolując jabłka, żeby się nie rozgotowały bo wtedy barszcz straci klarowność. Trzeba je wyjąć, jak zazmiękną. Sprawa nie jest skomplikowana bo pływają sobie po wierzchu.

Po ok 10-15 minutach możemy już spróbować, czy kwaśność zupy nam odpowiada. Jeszcze nie będzie nam smakowało ale kwaćność możemy już ocenić. Jeóli mało kwaśne albo zupa zaczyna "podejrzanie" zmieniać kolor dodajemy do smaku sok z cytryny. Po kolejnych 15 minutach "pyrkania" oceniamy czy zupa ma już swój typowy buraczany posmak, jeśli coś nie tak dodajemy litr soku buraczanego (na ok 5-cio litrowy gar).

Gotujemy do miękkości jarzyn, dosmaczamy ostatecznie ( tutaj dodajemy majeranek) gotujemy jeszcze ze 2 -3 minuty i gotowe!

Uszka będą jutro bo spać muszę, dzisiaj ulepiłam bowiem 120 sztuk więc mi się należy odpoczynek!

 


sobota, 14 sierpnia 2010

W ostatnim wpisie kłamałam w żywe oczy, że prościej się już nie da a to... nie prawda.

Oto poniżej macie najlepszy przykład, że można jeszcze prościej a może nawet szybciej.

 

składniki:

  • łosoś w wersji dzwonka lub filet (tym razem zdecydowanie nie polecam mrożonego!) - po 1 kawałku na osobę (z fileta tak ze 4-5 cm),
  • zioła świeże w postaci pietruszki, koperku, bazylii, mięty. Wszystkie razem albo każde z osobna (co kto ma lub co kto lubi). Najlepiej świeże, mogą być też mrożone,
  • cytryna lub limonka (raczej niewielkie),
  • sól i pieprz,
  • folia aluminiowa do zawinęcia,

wykonanie:

W wersji najprostrzej podajemy z białym pieczywem i lampką białego wina. Jak chcemy pełne danie  może być z ryżem lub ziemniaczkami. Może nawet nowymi polanymi masełkiem i posypanymi koperkiem?

najpierw wyjmujemy łososia z lodówki (nie powinno się wkładać całkiem zimnego do piekarnika - powinien mieć temperaturę zbliżoną do pokojowej ale nie musimy być aż tak ortodoksyjni!).

Umytego i wytartego dość dokładnie obmacujemy w poszukiwaniu ości, które wyciąga się najlepiej pesetką. To dotyczy tylko filetów bo jeśli kupiliśmy dzwonka na ości musimy się zgodzić bo nie można ich usunąć z surowej rybki.

Najpier nastawiamy piekarnik na ok 180 stopni C.

Teraz kładziemy każdy kawałek na osobnym skrawku folii aluminiowej, skrapiamy rybę sokiem z cytryny lub limonki, solimy, pieprzymy i obkładamy umytą zieleniną w całości. Zawijamy dokładnie folię i do nagrzanego piekarnika na 15 - 20 minut.

Po tym czasie wyjmujemy z pieca, rozwijamy ostrożnie, żeby się nie poparzyć, wyrzucamy zieleninę i gotowe!

Jeśli chcemy jeść z ryżem lub ziemniakami to te należy odpowiednio wcześniej zagospodarować.

Można podać z ulubioną zieleniną.

Zawsz smakuje z białym winem!

Smacznego.



wtorek, 02 marca 2010

To takie danie, które można mieć zawsze "pod ręką". Na niespodziewany najazd gości, na późnonocnego smaka, na głodne dzieci. Mało tutaj bowiem przepisów szybszych i łatwiejszych a na dodatek pyszniejszych.

Ale do rzeczy.

Składniki:

  • filet z łososia w dowolnej postaci ok 100 g na głowę. Jak mam czas i ochotę kupuję mojego łososia świeżego na miejscowym targu albo w delikatesach ale na tzw wszelki wypadek ma zawsze w zamrażarce mrożonego. W supermarketach można dostać zmrożonego jeszcze na statku więc całkiem dobrej jakości,
  • cebula dymka, w ostateczności zwykła i szczypiorek, albo sam szczypiorek. Tak po łyżce stołowej na osobę,
  • oliwa z oliwek albo olej słonecznikowy 1-2 łyżki stołowe,
  • kwaśna śmietana (może byś także słodka) też łyżka stołowa na głowę, Ale to sprawa gustu - nie trzeba się do tych ilości specjalnie przywiązywać. Ja biorę na oko, próbuję i ewentualnie dodaję wedle uznania,
  • sól i pieprz do smaku,
  • makaron dowolny choć spagetti nie jest najlepszym wyborem. Najlepsze będą tagiatelle albo fettuccine (wstążki). U mnie na zdjęciach penne bo takie miałam pod ręką.

I to są składniki podstawowe. Jak mam dodaję także:

  • suszone pomidory (a mam prawie zawsze bo uwielbiam, najlepiej takie w oliwie - przechowują się dłużej),
  • świeże pomidorki koktailowe (zamiast suszonych)
  • papryczkę chili czerwoną (zamiast pieprzu),

I to by było na tyle - teraz do pracy.

Najpierw kroję sobie cebulkę i ewentualnie pomidory (koktailowe na pął, suszone drobno). Potem łosoś. Jeśli zamrożony trzeba go rozmrozić. Oczywiście w sytuacjach na cito pod ciepłą wodę ale w planowanch lepiej wolniutko (np. całą noc w lodówce). Jak świeży nie ma problemu.

Kroimy rybę w kostki ok 1,5 cm. Mniejsze raczej nie bo się nam zrobi papka podczas smażenia! Ale mogą być większe.

Teraz nastawiamy wodę na makaron i gotujemy zgodnie z przepisem.

Na patelni rozgrzewamy oliwę lub olej i kiedy gorąca dodajemy pokrojonego łososia. Smażymy bardzo krótko z każdej strony (nie dłużej niż 1 minutę - ryba powinna być w środku ciemniejsza i trochę szklista).

Teraz dodajemy pomidory, jeśli się na nie zdecydowaliśmy (suszone albo świeże), jeśli nie samą cebulkę. I smażymy całość jeszcze ok minuty delikatnie mieszając.

Na koniec solimy (uwaga - suszone pomidory są już solone!) i pieprzymy oraz dodajemy śmietanę. W tym czasie makaron powinien być już aldente. Odcedzamy wodę, wykładamy na talerz i polewamy naszym sosem łososiowo-śmietanowym. Mniam.



 

 


wtorek, 01 września 2009

Bez zdjęć tym razem ale pysznie.

Przystawka gruszkowo serowa "przywieziona" z Italii.

Składniki:

- powiedzmy pół gruszki na głowę (ale się nie upieram - ja mogłabym zjeść i cztery w tej konfiguracji),

- ser gorgonzola albo jaki inny podobny bardzo czyli "śmierdziuch" rozpływający się na talerzu wolniutko,

- miód lejący się, ze dwie łyżeczki na porcję,

- orzechy włoskie no jak kto lubi - łyżka stołowa na osobę powinna być w sam raz,

- pieprz biały, najlepiej świeżo zmielony (ale nie bądźmy zasadniczy - może być dowolny i z torebki już zmielony też, choć oczywiście aromatu tego dopiero co zmielonego podrobić się nie da) - jak to się mówi: do smaku.

I to by było na tyle. Ach nie! Jeszcze przepis.

Na talerzu układamy pokrojoną w plastry nieobraną gruszkę (ale bez gniazd nasiennych!). Jak gruszka bardzo miękka plastry mogą być grubsze (ok. 1 cm), jak twarda cieńsze (0,5 cm).

Na każdym kawałku gruszki kładziemy okruch sera (ile się komu w duszy gra), dekorujemy orzechami i polewamy wszystko miodem. Na końcu pieprzymy umiarkowanie i podajemy z białym pieczywem i dobrze schłodzonym białym winem. Albo kieliszeczkiem grappy, jak kto ma. Ja akurat mam bo sobie przywiozłam, ech.

Smacznego.

piątek, 20 marca 2009

Wiem - brzmi banalnie i mało... elegancko.

A jednak namawiam Was na spróbowanie jej w mojej wersji.

Składniki:

oczywiście ziemniaki - najlepiej odmiany gotujęce się na miękko (pamiętam,  że w sklepach polskich jedyna informacja o ziemniakach na metce to była taka, że... jadalne, może zatem warto kupować "u chłopa"?). Ile? Powiedzmy na cztery porcje zupy niech będzie 4-6 (w zależności od tego, jak duże),

cebula - 2 główki średniej wielkości,

czosnek - 2-3 ząbki,

boczek wędzony - ok. 200 g (raczej chudy),

masło i oliwa - po łyżce stołowej

marchew - 2-3 sztuki,

seler - normalnie, jak do każdej zupy,

pietruszka - jedna nieduża,

kalarepka - jedna. Jak ktoś wybitnie nie lubi - może zrezygnować, choć szkoda bo dodaje ona całości świeżego smaku.

przyprawy - sól, pieprz, ziele angielskie (2-3) , liść laurowy (1-2), gałka muszkatołowa, ewentualnie odrobinę majeranku,

śmietana - gęsta, kwaśna (najlepiej creme fraiche, który tutaj można kupić na każdym kroku - jak w polsce nie wiem ale znalazłam przepis na samodzielne wykonanie tutaj. Ale przyznam się Wam bez bicia, że nigdy by mi się nie chciało w to bawić. Dlatego jak kto woli - polska dobra kwaśna śmietany też wystarczy!)

I teraz do roboty.

Cebuję, czosnek i boczek (połowę) pokroić, wrzucić do garczka, w którym będzie się gotowała zupa, wlać łyżkę oliwy, posolić (cebula i czosnek się nie przypalą) i smażyć chwilę - aż cebula będzie szklista. Jeśli boczek miał skórkę lub kości dodajemy teraz do garczka i zalewamy wszystko wodą. Dodajemy marchewkę i seler oraz przyprawy. Wody nie powinno być zbyt dużo - powinna ledwie przykrywać nasze składniki. Gotujemy ok. 10 minut na małym "ogniu".

Teraz dodajemy obrane i pokrojone (nie musi być to żadna misterna kostka bo wszystko będzie miksowane) ziemniaki oraz kalarepkę. Gotujemy do miękkości ziemniaków czyli ok 10 minut. Można dolać wody ale nie za dużo. Zupa powinna być gęsta a wodę zawsze można uzupełnić.

W czasie kiedy zupka się gotuje pozostały boczek pokrojony w zgrabną kostkę smażymy z łyżką masła na niewielkim "ogniu". Boczek smażony na maśle jest bardzo chrupiący.

Kiedy ziemniaki są miękkie wyjmujemy z zupy seler, pietruszkę i połowę marchewki a także kości i skórę, jeśli je dodawaliśmy. Także ziele angielskie i liść laurowy. Taki patent dla tych, którym się nie chce łowić w zupie przypraw - można je włożyć do takich małych sitkowych zaparzaczek do herbaty (są do kupienia w każdym supermarkecie za grosze). Gotując zupę napełniamy zaparzaczkę przyprawami i fru do gara. Potem wyjmujemy wszystko bezproblemowo.

Teraz miksujemy naszę zupę dokładnie - powinna mieć konsystencję gęstej śmietany (jaśli za gęsta - dolewamy wody, jeśli wręcz przeciwnie to mieliśmy pecha. Można ją uratować gotujęc w osolonej wodzie kilka dodatkowach ziemniaków, które należy dodać do zupy).

Podajemy w miseczkach posypaną chrupiącym boczkie usmażonym na maśle z kleksem gęstej śmietany i listkiem pietruszki.

Smacznego!

poniedziałek, 15 grudnia 2008

Wiem, wiem, że wielu czytających zaraz pomyśli - nie to już wyższa szkoła jazdy i na dodatek zupełnie nie nadaje się do koncepcji obiadu w 25 minut!

I powiem Wam, że się mylicie. Jagnięcina zagościła w mojej kuchni jakieś dwa lata temu czyli od czasu kiedy zamieszkałam w kraju, w którym jest dostępna niemalże na każdym kroku. Chodziłam koło niej z pewną dozą nieśmiałości i długo nie miałam odwagi. Aż. Stało się kupiłam, zrobiłam i wszyscy się zachwycili. Dlatego podaję tutaj mój przepis ze sto razy wypróbowany i tak łatwy, że każdy może się z nim zmierzyć.

Mam tylko jeden maleńki problem - nazewnictwo. Ten kawałek, który tu obrabiała będę nazywa się a Niemczech Lamm Carre. I na mój gust są to kotlety wraz z żebrami. Nie wiem jak się ta część mięsa nazywa prawidłowo po polsku ale jest tak charakterystyczna, że jak ją raz zobaczycie to rozpoznacie na sto procent. Ale do rzeczy.

składniki:

  • jagnięcina w postaci kotletów w żebrami w kawałku (zaraz będzie zdjęcie) - ja biorę po 3-4 żeberka na głowę,
  • oliwa z oliwek (nie musi być z pierwszego tłoczenia),
  • gałązka świeżego rozmarynu (w ostateczności suszony (jak na moich zdjęciach)
  • główkę czosnku (najlepiej bio bo używam go bez obierania),
  • 2-3 szalotki (też ze skórą czyli najlepiej bio) lub jeśli kto nie ma to zwykłą cebulę średniej wielkości,
  • 1-2 marchewki,
  • sól i pieprz do smaku,

No to do pracy. Mięso myjemy i obcinamy ewentualnie kawałki tłuszczu i błon. Dokładnie wycieramy papierowam ręcznikiem. Smarujemy cały kawałek oliwą ( ja używam do tego sylikonowego pędzelka do pieczenia) i pieprzymy obficie. I teraz tak - jaśli mamy czas i ochotę (smak będzie pełniejszy) to dodajemy przekrojoną na pół ale nie obraną główkę czosnku (dobrze umytą), galązkę rozmarynu (albo suszu odrobinę) przykrywamy wszystko folią aluminiową i odstawiam do lodąwki (może być na całą noc). Ale jeśli nie robiliśmy planów na jagnięcinę z takim wyprzedzeniem a poprostu przyszedł nam do głowy pomysł w sklepie i chcemy zjeść tego samego dnia to też nie problem. Może poleżeć w lodówce 30 minut, godzinę albo wcale.

I teraz bez względu na to nasze mięso leżakowało czy nie postępujemy następująco:

Włączamy piekarnik i ustawiamy na temperaturę 80-1000C.

Rozgrzewamy na patelni odrobinę oliwy (1-2 łyżki) i wkładamy do niej nasze mięso ale bez dodatków. To znaczy czosnek i zioła usuwamy na bok bo nam się mogą przypalić. I obsmażamy mięso z każdej strony chwilkę - tak żeby się przyrzłociło wyraźnie. To jest około minuty na każdą stronę.

Tutaj na zdjęciu widać resztki suszonego rozmarynu i zielonej pietruszki z marynowania. Bo, jak się ktoś wprawi to nie ma problemu - można sobie na tym etapie pozwolić nawet na czosnek. Mnie się już nie przypala ale na pierwszy raz nie polecam.

Teraz tak obsmażone mięso układamy w żaroodpornym naczyniu, dodajemy czosnek, cebulę, zioła i obrane i pokrojone marchewki.

Do patelni, w której  smażyło się mięso wlewamy szklankę wody aby "zabrać" smak i kiedy się zagotuje wlewamy ją do jagnięciny w formie do pieczenia.

Całość wygląda tak:

Piekarnik powinien być już ciepły (pamiętajcie 80-1000C).

Wkładamy do niego mięso i zostawiamy tam na jakieś 20-30 minut. Ja sprawdzam specjalnym termometrem do mięsa czy to już ten moment. Wbija się to cudeńko do mięsa i nawet nie trzeba wiedzieć jaką temperaturę powinna osięgnąć jagnięcina bo producenci maluję najczęściej symbole różnych mięs i już wiadomo.

Po tym czasie wyjmujemy nasze mięso i kroimy w plastry. Powinno być różowiutkie, jak tutaj:

I dopiero teraz solimy mięso! Już po pokrojeniu.

Pamiętajcie, że z takim delikatnym mięsem jest jak z jajkiem - czym dłużej się piecze tym będzie twardsze i w konsekwencji niejadalne!!!

Nie bójcie się tych niskich temperatur i krótkiego czasu. Wystarczają w zupełności!

Ja podaję moją jagnięcinę najczęściej z puree ziemniaczano-pasternakowym albo ziemniaczano-selerowym. W proporcjach pół na pół gotuję ziemniaki z pasternakiem albo selerem, potem ubijam dokładnie z łyżką masła, ewentualnie śmietanki albo mleka i dużą ilością gałki muszkatołowej.

Jako dodatek świetnie pasuje brukselka z gruszkami z przepisu poniżej.

No to odwagi!

p.s.

Sos - zapomniałam o sosie!

To co zostało po pieczeniu mięsa odcedzamy dokładnie, wlewamy na patelnię i ewentualnie podlewamy odrobiną czerwonego wina. Gotujemy na dość dużym ogniu aby odparować nadmiar wody i tym sposobem zagęścić nasz sos. Ja nigdy, przenigdy nie doprawiam mąką bo uważam, że to profanacja. Kiedy sos nam się zredukuje mniej więcej o połowę można dodać 2-3 łyżeczki masła (zimnego z lodówki) co nada mu lekko aksamitną konsystencję. No i na nasze puree!

piątek, 12 grudnia 2008

Już na dzień dobry widać, że to dobrana para - czyż nie?

Ale to dopiero wstęp. Poniżej przepis na mój ulubiony ostatnio dodatek do mięs wszelkich, do ryby albo też całkiem solo do podjadania sobie w jesienn-zimowe wieczory.

Właśnie brukselka z gruszkami.

Składniki:

  • brukselka w ilości dowolnej, powiedzmy 0,5 kg,
  • gruszki niezbyt miękkie - jeśli na pół kilograma kapusty to powiedzmy 2 średniej wielkości,
  • sól, pieprz i świeżo (zawsze!) starta gałka muszkatołowa.

No i to wszystko.

Teraz do pracy. Myjemy i obieramy z zewnętrznych, uszkodzonych liści brukselkę i wrzucamy ją do gotujęcej się, osolonej wody. Dodajemy łyżeczkę cukru i gotujemy do miękkości (trzeba sprawdzać bo z czasem to różnie bywa ale zwykle między 12-16 min). Nie wolno kapusty rozgotować! Powinna być jędrna i nie rozpadać się.

Kiedy kapusta się gutuje my zajmujemy się gruszkami.

Myjemy je i przekrawamy na ćwiartki, wydrążamy gniazda nasienne, odcinamy ogonki i kroimy na kawałki mnie więcej 2-3 centymetrowe. Ze skórką!

Na patelni rozpuszczamy powoli (żeby się nie przypaliło) łyżkę masła i wrzucamy gruszki. Obficie pieprzymy i posypujemy gałką muszkatołową.

Kiedy gruszki się ładnie przyrumienią i zrobią się lekko szkliste jesteśmy gotowi.

Brukselkę odcedzamy dokładnie i dodajemy do gruszek. Mieszamy delikatnie i ewentualnie doprawiamy pieprzem, gałką lub solą.

Smacznego.

czwartek, 25 września 2008

No tu ostrzegam wszystkich miłośników marcepanu, cynamonu i pieczonych jabłek!

To jest danie od, którego można się zdecydowanie uzależnić!

Nawet ja, nie zaliczająca się do miłośników deserów muszę sobie nakładać ograniczenia w częstotliwości serwowania tego specjału!

A teraz na niego pora nadchodzi najlepsza - długie chłodne wieczory!

Ale do rzeczy.

składniki:

  • jabłka (po jednym a może po dwa na głowę) najlepiej renety,
  • surowy marcepan (myślę, że możma go bez problemu kupić w supermarketach).
  • 2 łyżeczki cynamonu,
  • po 1 łyżeczce cukru (ja daję brązowy cukier trzcinowy) na jabłko,
  • dla rozpustników po 1 żyżeczce likieru pomarańczowego (ja uwielbiam Cointreau), ale może być też inny alkohol lub wersja bezalkoholowa,

Z jabłek odcinamy "pokrywki" od strony ogonka, łyżeczką wydrążymamy gniazda nasienne.

Do otworu dodajemy cukier, cynamon i ewentualnie alkohol (po żyzeczce albo, jak kto lubi). Teraz zaklejamy otworki masą marcepanową ( ma bardzo plastyczną konsystencję, jak plastelina) i przed włożeniem do piekarnika przykrywamy odciętymi czypeczkami.

Do piekarnika wkładamy jabłka w żaroodpornym naczyniu, do którego wlewamy na dno odrobinę wody (naprawdę niewiele ale tak, żeby jabłka w nij stały).

Temperatura piekarnika ok 180 0C na jakieś 20 minut. Jabłka mogą zbrązowieć ale nie powinny się przypalić. Po upieczeniu powinny być mięciutkie (można sprawdzić wbijając przez skórkę wykałaczkę drewnianą - jeśli wchodzi, jak w masło - gotowe!)

Podane z lodami waniliowymi powalają na kolana!

p.s.

Można do nich podać kieliszek likieru a w rogu pokoju zapalić kominek zapachowy z olejkiem pomaraćczowym z dodatkiem cynamonu:)))

wtorek, 23 września 2008

Bardzo lubię to niezbyt wyszukane warzywo. Najbardziej oczywiście świeżutkie i chrupiące na surowo, czasem w zupie jarzynowej. Ostatnio natomiast bardzo chętnie jako dodatek do dania głównego.

Kiedy zaczyna się robić siąpiąco-jesiennie człowiek chętniej jada rozgrzewacze a kalarepka w formie, o której zaraz napiszę takim właśnie rozgrzewaczem zdecydowanie jest!

składniki:

  • kalarepka (zależy od wielkości po 1-2 na głowę),
  • łyżka oliwy,
  • łyżka masła,

  • sól, pieprz i świeżo starta gałka muszkatołowa,

Podgrzewamy w rondlu masło z oliwą, kiedy dobrze ciepłe dodajemy pokrojone w kostkę (ok.1 cm) kalarepkę. Solimy, pieprzymy, posypujemy obficie gałką muszkatołową. Dusimy chwilę bez przykrycia mieszając od czasu do czasu. Po ok. 5 minutach zmiejszamy grzanie, rondel przykrywamy i dusimy jeszcze chwilkę.

Jak długo?

Każdy powinien sam zdecydować - jednym bardziej posmakuje zupełnie mięciutka inni będą woleli poczuć coś na zębie. Nie ma rady trzeba próbować, ale co by nie mówić dłużej niż 10 min nie powinno to trwać.

No i smacznego!

poniedziałek, 22 września 2008

Tak się składa, że dziecko moje osobiste z typowego niejadka wyrosło na prawdziwego smakosza. Na dodatek smakosza co się od gotowania nie miga a wręcz przeciwnie czyli gotuje dużo i dobrze.

Hobbysta.

Poniżej będzie przepis na moją ulubioną pizzę, na którą przepis właśnie od Młodego pochodzi.

A zatem do dzieła!

Składniki:

  • 1 i 1/2 szklanki mąki przennej,
  • 1/2 szklanki wody,
  • 20 g drożdży świeżych,
  • 1/2 szklanki sosu/przecieru/pasty z pomidorów,
  • 3-4 łyżki stołowe oliwy,
  • ząbek czosnku,
  • szynka (albo salami, albo cokolwiek lubimy. Wersja wegetariańska także dopuszczalna),
  • szklanka startego sera żółtego (co się dobrze rozpieka - np. gouda)
  • garść rukoli,
  • 1/2 szklanki startego parmezanu (lub innego bardzo starego twardego sera),
  • zioła ulubione (oregano, cząber, bazylia - wg upodobań) świeże albo suszone,
  • sól i pieprz do smaku.

Wszystko.

Samo przygotowanie na pewno nie trwa 25 minut ale z pobytem w piecu trochę więcej. No alwe, jak pizza już w piecu siedzi to zawsze można sobie w tym czasie manicure zrobić:).

Startujemy.

Do sporej miski wsypujemy mąkę, robimy w środku krater, do którego wlewamy 1/2 szklanki dobrze ciepłej wody i wsypujemy pokruszone drożdże.

Teraz przerwa na kawę mniej więcej 10-cio minutowa.

Po ok. 10 minutach dodajemy do naszego ciasta 2 łyżki oliwy i solimy.

Wszystko dokładnie mieszamy (najlepiej drewnianą łyżką) a potem zaczynamy ciasto wyrabiać ręką, jak mówi autor przepisu - do skrajnego wyczerpania nadgarstków! Nie wiem, jak czyje nadgarstki ale moje wytrzymują ok. 5 minut. Po tym czasie ciasto ma postać gładkiej, błyszczącej kulki:

Teraz odstawiam ciasto przykrywając je ściereczką.

Preparujemy pozostałe składniki, czyli ewentualnie ucieramy ser, myjemy rukolę, kroimy zioła jeśli świeże, siekamy czosnek:

Dodajemy zioła, czosnek, sól i pieprz do naszego przecieru pomidorowego (tylko błagam nie keczup! Osobiście używam przecieranych pomidorów bez żadnych dodatków). Możemy zacząć podgrzewać piekarnik - 180-200 oC.

Teraz smarujemy blaszkę niewielką ilością oliwy i rozwałkujemy na niej nasze ciasto. Można je też rozpłaszczać ręką, jak tam kto chce.

Następnie smarujemy ciasto naszym sosem pomidorowam z przyprawami:

Teraz posypujemy startym żółtym serem (nie parmezanem!), obkładamy naszę wędlinę:

I wsadzamy do ciepłego pieca na ok. 30 minut. Radzę jednak od czasu do czasu do pieca zajrzeć bo każdy inny i musimy mieć oko na całość:

Wprawdzie obiecywałam czas na manicure, ale musimy jeszcze przygotować rukolę i parmezan, czyli myjemy (sałatę) i trzemy (ser). Ale parmezan lepiej zetrzeć na końcówce do krojenia ogórków. Wtedy otrzymujemy cieniutkie, charakterystycznie podwinięte płatki parmezanu.

Kiedy nasza pizza gotowa wyjmujemy z pieca, kroimy, układamy na talerzach, układamy na niej rukolę, skrapiamy odrobiną oliwy i posypujemy płatkami parmezanu.

Pycha. I powiem, że to jedyna z moich ulubionych pizz!

Smacznego!

środa, 17 września 2008

Zapytano mnie czy ja jeszcze gotuję skoro tutaj nie bywam?

No jasne, że gotuję - może nawet więcej niż kiedy kiedyś.

Ale, żeby nie być gołosłowną poniżej coś smakowitego co fantastycznie nadaje się na przystawkę letnią, jak i zimową rozgrzewającą. Poza tym to ostatnio ulubione danie mojego Młodego więc wszystkiefo fajnego, czyli do rzeczy.

składniki:

- 4-5 sporych papryk (tylko nie zielonych!)

- 1 mała papryczka chili,

- 2 średnie cebule,

- ząbek czosnku,

- 3-4 średnie marchewki,

- przecier pomidorowy (ja daję taki z puszki niewielkiej zimą, i w sezonie ze 3 pokrojone w kostkę świeże pomidory),

- kilka łyżek kwaśnej (gęstej) śmietany,

- 2 łyżki oliwy z oliwek albo oleju słonecznikowego,

- sól, ewentualnie pieprz.

Wykonanie proste, jak konstrukcja cepa:

  • Cebulę i czosnek obieramy i kroimy w kostkę. Z papryki usuwany nasiona i kroimy ją w kawałki  ok. 1,5 cm. Tylko chili kroimy drobniutko bardzo.
  • Na dno graczka (takiego zupowego) wlewamy oliwę i smażymy na niej cebulę z czosnkiem.
  • Kidy się zeszklą dodajemy paprykę i i całość dusimy aż papryka będzie miękkawa czyli straci swoją jędrność ( zwykle ok. 10 min.).
  • Następnie wrzcamy obrane marchewki i zalewamy niewielką ilością wody. Chodzi o to, że to będzie zupa miksowana i powinna mieć konsystencję gęstawą. Łatwiej zatem dolać potem wody wedle potrzeby niż zagęszczać zupę zbyt rozwodnioną!
  • Kiedy marchewki są miękkie (6-8 min) dodajemy przecier pomidorowy i całość doprowadzamy do wrzenia.
  • Jeśli używamy świeżych pomidorów to dodajemy je już na etapie dodawania papryki!

Teraz wszystko miksujemy na jednolity krem. Pamiętajcie, że doprawianie trzeba zostawić na czas po zmiksowaniu - wtedy smaki się intensyfikują!

W razie potrzeby dolewamy wody, mieszamy i jeszcze raz dosmaczamy.

Podajemy z kleksem gęstej kwaśnej śmietany i gałązką czego zielonego (pietruszka, kolendra, bazylia, szczypiorek - co kto lubi). Nam smakuje z grzankami z masłem czosnkowym wyśmienicie!

Latem można serwować naszą zupę letnią, zimą zaś oczywiście serwujemy gorącą.

Smacznego.

piątek, 18 maja 2007

Dziwnie brzmi? No może dziwnie, ale za to jak smakuje!

Danie to proste, jak przysłowiowa konstrukcja cepa.

Bazą do naszej sałaty jest… sałata. Dowolna, ulubiona, dostępna.

Ja najbardziej lubię roszponkę ale każda inna jednakowo dobra. No może z wyjątkiem najzwyklejszej, bo ona najczęściej błyskawicznie traci jędrność.

Ale jakby ktoś chciał to – nie ma sprawy.

Jest to danie, które u nas jada się na kolację lub latem na obiad. Lekkie łatwe i przyjemne. Ilości, które podaję to na 2 osoby, jeśli potraktujemy sałatę, jako danie główne. Jeśli natomiast ma to być przystawka to dla czterech osób się nada.

Składniki:

- Sałata (jeśli roszponka to 100 g). No powiedzmy spora garść na osobę.

- Pomidory 3-4.

- Ząbek, dwa czosnku.

- Cebula (ja lubię szalotkę).

To taka baza bazy. Do tego można wedle upodobań dodać dowolną zieleninę, jak ogórki, papryka surowa, rzodkiewki, koperek, Pietruchę zieloną. Można nawet ser typu feta.

Zwyczajnie każdy komponuje sobie sałatę, jaką lubi łącząc wszystkie składniki.

Ja posypuję wszystko chętnie ziarnem sezamu, „orzeszkami” sojowymi.

Sałatę podamy z sosem vinegrette lub, jak ja kiedy lenistwo mnie napada z oliwą z oliwek i wybornym jakimś balsamico wprost z Modeny. Jeśli ocet naprawdę dobry – wystarczy. Palce lizać!

No i składnik oczywisty – pierś z kaczki.

Wystarczy mrożona, jaką pewnie w większości supersamów można dostać. Jeśli mrożona to oczywiście należy ją przed pieczeniem rozmrozić i dokładnie osuszyć. Inaczej będzie mocno pryskała podczas smażenia!

Teraz do pracy.

Wytartą do sucha pierś kładziemy na deseczce skórą do góry. Ostrym nożem nacinamy skórę (aż pokaże nam się mięso) w paski, kratkę – dowolnie. Jednak, czym dokładniej nacięta tym lepiej pozbędzie się podczas smażenia tłuszczu.

I teraz dwie szkoły. Jedna dla odważnych, druga bardziej zapobiegawcza, ale za to zawsze się udająca.

Sposób pierwszy – wymagający więcej uwagi.

Pierś z kaczki układamy na rozgrzanej (ale bez przesady) patelni skórą do dołu. I tak smażymy po 8-9 minut dla każdej ze stron. Nie przykrywamy. Odwracamy tylko raz, czyli po 8-9 minutach. To smażenie wymaga starannego dobrania temperatury, żeby się pierś nie przypaliła. Powinna być mocno rumiana, ale nieprzypalona.

Tyle czasu wystarcza, aby mieć piękną różowiutką w środku kaczkę.

Szkoła druga łatwiejsza. Postępujemy identycznie, jak za pierwszym razem, ale pierś obsmażamy krócej. 2-3 minuty z każdej strony. Ważne, aby była rumiana – nie ważne, co w środku. W międzyczasie nagrzewamy piekarnik do 100º, wkładamy do niego naszą podsmażoną pierś na blaszce, w formie do zapiekanie – wszystko jedno. I spokojnie zostawiamy na 30 minut. Ot po kłopocie. Po wyjęciu jest soczysta i jędrna.

Teraz na gotową sałatę wykładamy pokrojoną w cieniutkie plastry kaczkę i… smacznego!

piątek, 11 maja 2007

 

Nie, nigdy w Kanadzie nie byłam i tak naprawdę nie mam pojęcia czy w Kanadzie jada się kurczaki a już zupełnie nie wiem czy z pomarańczami.

Dlaczego zatem dzisiejszy kurczak prosto z Kanady?

Dawno temu, naprawdę dawno można było obejrzeć w telewizji polskiej pewien program kulinarny prowadzony przez miłą panią, jakąś dyplomatyczną żonę, która cały świat zjeździła i w swoim programie dzieliła się doświadczeniami kulinarnymi z różnych jego stron.

Na tamte czasy było to wydarzenie, bo świat zwiedzał mało kto, a polecanie kurczaka w pomarańczach było o tyle niestosowne, o ile pomarańcze pojawiały się w sklepach wyłącznie w okolicach Bożego Narodzenia w wersji niejadalnych zielonych odpadów z wyspy, jak wulkan gorącej, czyli z Kuby.

Pani, której niestety nazwiska nie pamiętam nazywała to danie właśnie „kurczakiem po kanadyjsku”.

 

Ja polecam zaś owego kurczaka bo przyrządza się go prosto i szybko a smakuje oryginalnie.

 

Potrzebujemy:

 

  • Kurczak jeden niezbyt tłusty, jeśli kto gotuje dla mniejszej gromady może być nóżka albo dwie.
  • Pomarańcze słodkie i dojrzałe (najlepiej bezpestkowe) 4, albo ile się tam komu chce.
  • Ziemniaki (po dwa, trzy na głowę – w zależności od wielkości i upodobań).
  • Tymianek suszony (chyba, że kto ma w ogródku świeży to mniam, mniam) – wg uznania, bo to zioło wyraziste i podczas pieczenia dodaje potrawom gorzkawy posmak, sól i pieprz co oczywista.
  • Łyżkę oliwy

 

A zatem do pracy.

 

  1. Ziemniaki dokładnie szorujemy pod bieżącą wodą i przekrawamy wzdłuż na ćwiartki.

 

 

  1. Kurczaka myjemy, obieramy ze skóry (to konieczne) i kroimy na takie 5-6 cm kawałki. Zwykle to jest tak – pierś na 3 kawałki, nogę takoż. Ale te kawałki nie powinny być za duże, zdecydowanie lepiej smakują mniejsze. Acha kroimy razem z kościami.
  2. Pomarańcze obieramy ze skórki, kroimy w plastry o grubości ok. 1 cm (kiedy są za cienkie – wysychają podczas pieczenia).
  3. Na dno formy do zapiekania (koniecznie z pokrywką) wlewamy dwie łyżki oliwy, układamy warstwę ze wszystkich ziemniaków, solimy i pieprzymy do smaku oraz posypujemy tymiankiem.
  4. Na warstwie ziemniaków układamy kawałki kurczaka, solimy, pieprzymy i traktujemy tymiankiem.
  5. Teraz kurczaka przykrywamy plastrami pomarańczy.

 

No i to już wszystko!

Całość wkładamy pod przykryciem do nagrzanego piekarnika (180°C) i zapominamy na jakieś 30 minut. Po tym czasie zdejmujemy przykrywkę, piekarnik „podkręcamy” do 200°C i pozwalamy całości nabrać kolorów przez 5-10 minut.

W tej fazie warto zaglądać do piekarnika bo możemy przesadzić z przyrumienianiem.

 

No i gotowe. Mamy trzy w jednym, - mięso, ziemniaki i pomarańcze!

Nie potrzebujemy już żadnych dodatków.

Acha całość można przygotować dzień wcześniej i przetrzymać w lodówce przez pieczeniem.

Potem tylko do piekarnika i gotowe.

Cała potrawa także świetnie się odgrzewa.

No to smacznego!

 

p.s.

 

Tu w przepisie jest tymianek ale można zastąpić go przecież dowolnym ulubionym ziołem albo i mieszanką, byle nie gotową bo te zawierają prawie zawsze „dosmaczasz” w postaci glutamianu sodu (fuj).

Ja lubię potraktować pomarańcze odrobiną cynamonu.

 

poniedziałek, 23 kwietnia 2007

Tak całkiem zwyczajnie wyzionęło ducha to miejsce zapomniane przez autorkę i współtowarzyszki.

Serio tak myślałam, ale dzisiaj coś mnie podkusiło i zajrzałam do statystyk...

Moi drodzy czytelnicy hurtem - tak być nie może, że nic się tu nie dzieje a Wy pomimo wiernie tu bywacie.

Nie, nie - nie chcę apelować abyście porzucili to miejsce opustoszałe!

Nie i nie!

Obiecuję wziąć się w garść i "wrzucić tu" coś dobrego. 

Przestałam tu bowiem pisywać ale jeść jednakowoż nie przestałam, czego i Wam życzę.

niedziela, 04 lutego 2007

Po tak wyczerpującym tytule wypada już tylko przedstawić bohaterów:

składniki

(skoro po zachodzie słońca mój aparat, jak wiadomo od dawien dawna, nie umieeeeee... to zrobiłam psychodelę)

Zwróćcie uwagę, że to mleczko jest magiczne, bo się wylewa na parapet, ale się nie wylewa ;).

mleczko

Ok, dobra, już. Przedstawić bohateeeeerów...

... i podać szybki przepis na żarełko. Poza tym, co widać potrzebujemy martwy drób (1 cyc), patelnię i tłuszcz na tężę.

Rozgrzewamy więc, powiedzmy, olej z pestek winogron, na patelni i wrzucamy łyżeczkę pasty curry oraz łyżeczkę mielonej trawy cytrynowej.

Po chwili dorzucamy kuraka pokrojonego w kosteczkę i obsmażamy.

Następnie dolewamy mleko kokosowe (przed użyciem wstrząsnąć) i mieszamy na wolnym ogniu, dodając jeszcze po pół łyżeczki obu past.

Po 3 minutach wrzucamy sporą garść liści bazyli i przelewamy na ryż lub do miski (bo ja to jem BEZ RYżU, taki burżuj ze mnie). Na koniec posypać odrobiną posiekanej dymki lub pora, można też trochę startego sera wrzucić, a co! I wszystko.

Ostrzegam, ostre!!! I kwaśnawe i słodkawe do tego :). Pychota!

Zdjęcia gotowej potrawy oczywiście nie mam, bo już dawno buja się w brzusiu, ale w zamian mogę Wam pokazać Tajemniczego Pana Deserro, którego spożyję dziś kole północy z moją słodką. Słodkie dla słodkiej :).

deserek

17:51, oholismic , Z drobiu
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3